piątek, 12 września 2014

Jedziemy dalej.

Bladym świtem zrywam się i ruszam do Sibiu. Muszę kupić kartę telefoniczną ponieważ, jak sądzę, wczorajsze wieczorne kłopoty z łącznością wynikały z braku zasięgu lub innej awarii mojej sieci, natomiast zakup karty miejscowej sieci powinien rozwiązać ten problem. Znajduję starter na stacji benzynowej. Jest zasięg, ale niestety, kolega musi się wyspać, więc mam mnóstwo czasu na zwiedzanie. Szwendam się po uliczkach starego miasta, ale co rusz zza jakiegoś budynku widzę szczyty gór. Krew mnie zalewa, bo o tej porze byłbym już w okolicach gór Fogaraskich, ale muszę czekać na „śpiącą królewnę” (Mirka), który budzi się dopiero o siódmej. W drogę udaje nam się ruszyć dopiero o ósmej. Obieramy kierunek na trasę Transfogaraską. Po drodze w Poplaca mijamy klasztor, który miał także za zadanie chronić miejscową ludność. Takie połączenie funkcji sakralnej i obronnej, tu w Rumunii nie jest czymś dziwnym. Jednak dla mnie to dość egzotyczne. Kościół – twierdza, widać kiedyś nie było tu tak spokojnie jak dziś. Trasa Transfogaraska. Nasłuchałem się o niej, naoglądałem zdjęć i oto stoję na jej początku. Ekscytuję się jak pensjonarka. Powoli zaczynamy wspinać się serpentynami i czuję, że widoki muszą być ładne, ale niestety zbocze porasta las, tak gęsty, że nie widać poza koronami drzew kompletnie nic. Kiedy udaje nam się znaleźć pierwszą wyrwę w tej zielonej zaporze, stajemy i patrzymy jak przez dziurkę od klucza. No ładnie, no pięknie, no to dalej naprzód! Im wyżej, tym coraz mniej drzew, widoczność coraz lepsza i powoli zaczynam tego żałować. Nie to, żeby mi się nie podobało, wręcz przeciwnie. Jest tylko jeden mały problem – mój lęk wysokości. Droga przebiera tuż nad krawędzią urwiska, w większości pozbawiona jest barier i to nie jest „fajne”. Rekompensatą są widoki. Stajemy co parę metrów i robimy sesje fotograficzne. Nie jesteśmy zresztą w tym odosobnieni. Co rusz znaleźć można jakiś taras widokowy, na którym stoją ludzie dokumentujący majestat przyrody. W niektórych miejscach trzeba nawet czekać na swoją kolejkę. Urwisko kończy się i wjeżdżamy w dolinę. Wiem, że to brzmi dziwnie, bo zazwyczaj, żeby wjechać w dolinę należy zjechać z góry. My natomiast pniemy się wciąż serpentyną, tyle że droga przebiega pomiędzy dwiema wysokimi graniami i zmierza w kierunku przełęczy pomiędzy nimi. Ciężko jest opisać słowami magię i urok tego miejsca. To trzeba po prostu zobaczyć własnymi oczami. Zakręt goni zakręt i pomimo że do przełęczy nie jest daleko, przejazd zajmuje nam sporo czasu, ponieważ robimy mnóstwo zdjęć. Na samym szczycie droga chowa się w tunelu i opadając przenosi nas na drugą stronę gór. Po wyjeździe z tunelu znów stajemy, jedziemy parę metrów, stajemy, jedziemy i tak aż do miejsca, gdzie znajdujemy starą szutrową drogę odbijającą w lewo. Bez wahania skręcamy. Na początku jest dość sympatycznie, ale im dalej tym mniej przyjemnie. Na drodze coraz większe kamienie i coraz trudniej utrzymać prosty tor jazdy. Końcówkę podjazdu jadę już na pierwszym biegu, mocno manewrując motorem, aż docieram do końca trasy. Dalej już tylko bardzo strome skały ze ścieżkami dla kozic górskich. Oczywiście stoją tu zaparkowane Daćki. Powoli zaczynam wątpić w swoje umiejętności i możliwości motocykla, bo podjazd wydawał mi się bardzo trudny. Jednak widząc te auta (wcale nie terenowe) i wiedząc, że nie mogły tu przyjechać inną drogą, ponieważ innej drogi dojazdu w to miejsce nie ma, znów czuję się osłabiony, więc siadam na kamieniu i cieszę się przepiękną panoramą otaczających mnie gór. Siły odzyskuję dość szybko, widząc jak kolega, który brnie w moją stronę również kaleczy ten podjazd.
- Nie jestem taki najgorszy – dumam z uśmiechem. Jednak coraz częściej myślę, że Dacia to naprawdę stan umysłu. Zjeżdżamy w dół znów serpentynami, ciesząc oczy pięknem przyrody. Coś fantastycznego! W pewnym momencie droga rozwidla się, w lewo asfalt, w prawo szuter, po środku zaś jezioro zaporowe. Wybieramy drogę mniej uczęszczaną, czyli szuter. Znów w górę i w dół, czasem brzegiem urwiska, tuż nad taflą niebieskiej wody. Jest tu kilka ośrodków wypoczynkowych, w których można by spędzić nawet cały urlop. Wiecie, góry i jezioro pełne ryb, czegóż trzeba więcej. Docieramy do jednej z odnóg jeziora, wyglądającej prawie jak fiord, przez którą przewieszony jest most. Nie budzi on mojego zaufania, zwłaszcza, że po drugiej stronie jest znak zabraniający wjazdu pojazdom o masie całkowitej przekraczającej 3,5 tony. Moim zdaniem to i tak chyba za dużo. Miejsce jednak malownicze, wysoko nad mostem mini zapora i fantastyczna panorama. Przed nami niebieskie jezioro, za nami wysokie góry. Robimy przerwę. W pewnej chwili z lasu, z drogi, którą przyjechaliśmy, wytacza się ciężarówka załadowana do granic wytrzymałości drewnem. Jedzie wprost na most. Staję z aparatem gotowy zrobić zdjęcie i udzielić pierwszej pomocy kierowcy, który niechybnie, moim zdaniem, odniesie obrażenia w wyniku zerwania mostu. Jednak nic się nie dzieje i pojazd gładko przejeżdża obok mnie i znika za kolejnym zakrętem. Jak ja mało wiem na temat budowy mostów! Ruszamy. Skały po prawej, po lewej urwisko i jezioro. W pewnym momencie skały spływają wprost do jeziora, a droga poprowadzona jest w wykutym w nich tunelem, za którym jest zapora. Widok jest niesamowity (piszę to po raz kolejny, bo co jakieś sto metrów otwiera się nowa przestrzeń i mamy kolejny „widok niesamowity”, a mnie po prostu brakuje innych określeń). Stoimy na zaporze z wyrazem podziwu na twarzach. Po lewej niebieskie wody zalewu, po prawej przepaść i malutki strumyczek w dolinie. Ruszamy dalej przez kolejny tunel i podziw nasz nie słabnie. Po prawej potężne szczyty, które wydają się sięgać chmur, po lewej przepaść, na dnie której wije się mała niebieska wstążka rzeczki. Droga raz przyklejona do skał, raz znów przewieszona nad przepaścią, to znów przebija się tunelem przez wystające granie. W oddali dostrzegam samotną skałę. Wpatruję się mocniej. To ruiny zamku na jej szczycie i łopoczące flagi zwróciły moją uwagę. Zanim jednak tam dotrzemy, skręcamy w zamkniętą drogę, zatrzymujemy się przed szlabanem, aby go podnieść i wtedy zatrzymuje się obok nas grupa innych turystów na motorach. Namawiam ich, by jechali z nami, ale wpojono im zasadę „ordnung muss zain” i jeśli coś jest zamknięte, to nie należy tam wkraczać. Mówiąc to, odjeżdżają. Cóż, my wychowaliśmy się po drugiej stronie Odry i zastanawiamy się, co też miejscowi zamierzają przed nami ukryć, że zamykają tak piękną drogę szlabanem? Po kilkuset metrach zagadka rozwiązuje się.

[Obrazek: 201409013423c3f27980402330cd8c8de50b313791.JPG][Obrazek: 2014090132c633d4d9570e78647eb426c127a5b967.JPG][Obrazek: 20140901290530128f929dbb785d53a64519cb9eb9.JPG][Obrazek: 2014090127f9bbdd7d44c280d589160e1d280a5fe3.JPG][Obrazek: 201409012456ac69d9cdef543223258c86ef87faf9.JPG][Obrazek: 2014090121bc817dbb86b2760a17ac9fb8866fc105.JPG][Obrazek: 2014090119a5e618eb46e527c30eb096a1aa5961f2.JPG][Obrazek: 20140901166b81b9592b147907aaee1131b64e7d68.JPG][Obrazek: 2014090113c59302972ba2c387c13e87a4deca5b60.JPG][Obrazek: 201409011174698fb322695bee13b0095f8e40745b.JPG][Obrazek: 2014090108045538cba539d365ee4233eac5b6baf0.JPG][Obrazek: 2014090106d8fa525e38b7a8d08f0a1871b2b2a0d9.JPG][Obrazek: 201409010348e9aaf6fb1853ee43d58738eaa3dca7.JPG][Obrazek: 2014090100768139d19c27a60a51d1eec40e4828f7.JPG][Obrazek: 20140901584441fee831e77fdbf2df8f96ca7ab2e5.JPG][Obrazek: 2014090156f61b983067db2ef9a83e9b28681930e1.JPG][Obrazek: 201409015337a567aa4dad8dae398d6d6bb603f611.JPG][Obrazek: 2014090151ebebe3bbdf18a14159ed3b697ed88a87.JPG][Obrazek: 20140901482f1529bca78b871dda6e579c178432e4.JPG][Obrazek: 2014090146605dc7612ba686b985861b0ed3af62ef.JPG][Obrazek: 20140901435e1c46beee856087a0053f2523a33f74.JPG][Obrazek: 2014090141c94c9fe7c6e6dd7d2d0cb33bbcac3d5b.JPG][Obrazek: 20140901382f8e1b165b862ceb0980aed4b2c14896.JPG][Obrazek: 201409013676a5e62dd2d54876842bfdd2211172e4.JPG][Obrazek: 20140901333bda9613af3ab7416c43917bd9e222ba.JPG][Obrazek: 2014090130ae9fa9e218e7565c4b19a867bfe92673.JPG][Obrazek: 2014090128a33834d6b7836f3d61d8ccdd1999e5f2.JPG][Obrazek: 20140901255fb7a357278177bf02e19d36e950d68c.JPG][Obrazek: 201409012313fcb29d356aeb68ac32cf9ba1f58526.JPG][Obrazek: 2014090120f1e763de7318bc10790c9bc9abe58c6b.JPG][Obrazek: 2014090118106c1f45a6515e64b84f812fce32a6d5.JPG][Obrazek: 20140901151c4fa90417fa7d041335286b7dbfac32.JPG][Obrazek: 2014090113f6bb61429124290a9993755fb5618eeb.JPG][Obrazek: 2014090110ef825313a41fbadf075a006e0f1cccea.JPG][Obrazek: 20140901070735d048da3014aed2d0cc3b4cabba33.JPG][Obrazek: 201409010571053f42b9ef11c6b14e84ecef0c6e34.JPG][Obrazek: 20140901021a73a14404888eeb61ee47e5628f3e19.JPG][Obrazek: 2014090100480b44e642cd7f49be0afc0438c13d96.JPG][Obrazek: 2014090157cdae9a91f661aa2f810980b1d6b1010e.JPG][Obrazek: 20140901542b6ca1b1786a032ea468a3c6001fed53.JPG][Obrazek: 2014090152122a77cd0577cabbb236f694990762ff.JPG][Obrazek: 2014090150ce2cbad78f21a37ed08870042b3ef038.JPG]
Poniedziałek.
 Wszystko zapięte prawie na ostatni guzik.
 Jeszcze tylko jeden telefon…
Próba przesunięcia spotkania kończy się niepowodzeniem.
Z dwóch tygodni urlopu zaplanowanego pozostaje jedynie osiem może dziewięć dni.
Wściekły idę spać. Przez całą noc przewracam się z boku na bok, rozważając wszystkie za i przeciw. Z letargu, który trudno nazwać snem budzę się o piątej z myślą „niech się dzieje, co chce”. O szóstej spakowany ruszam. Najpierw do biura. Zamykam wszystkie tematy służbowe i o jedenastej jadę dalej, tym razem już w kierunku Rumunii. Pogoda nie nastraja do radosnej kontemplacji. Temperatura około 8 – 10 stopni Celsjusza i deszcz, ale wiem, że na równinie węgierskiej będzie lepiej, więc poubierany w przeciwdeszczówki brnę w stronę granicy słowackiej. Jedna rzecz zawsze mnie zastanawia, kiedy wjeżdżam w tę piękną krainę, mianowicie natężenie ruchu. Po polskiej stronie ciężko się przecisnąć pomiędzy samochodami, a po drugiej stronie spokój i cisza. Wygląda to dość irracjonalnie, jakby mieli zakaz i ograniczenia w korzystaniu z samochodów, a Polacy zakaz wjazdu do ich kraju. Pewnie też z tego powodu mają tak dobre drogi. Dobre, bo mało używane. Mijam po drodze Słoweński Raj. Byłem tu parę lat temu. Przypominam sobie magiczny szlak jedną z dolin rzecznych. Trzeba tu będzie znów przyjechać. Słowacja szybko zostaje w tyle. A im bliżej horyzontu jest słoneczko, tym bliżej jestem Rumunii. Chcę dziś dotoczyć się jak najdalej. Najlepiej do samej granicy. Koniec końców, około dwudziestej drugiej rozbijam namiot w okolicach Debreczyna, czyli już coraz bliżej. Mój biwak jest bardzo blisko strumyka i kołysankę śpiewa mi żabi chór. Wsłuchuję się w ich melodię tylko przez krótką chwilę i nawet nie wiem, kiedy zasypiam. Budzę się, zanim jeszcze pierwsze promienie słońca zaczną czerwienią zabarwiać chmury. Właściwie to nie będą miały czego zabarwiać, ponieważ po wczorajszej pogodzie nie pozostało nawet wspomnienie. Szybko pakuję bambetle, zjadam śniadaniowy batonik i dalej w drogę. Byle jak najszybciej opuścić Węgry, które w tej części nie są dość ciekawe. Odpalam nawigację. Okazuje się, że widzi ona tylko główne drogi, a o bankomatach czy stacjach paliwowych mogę zapomnieć. Na przed wyjazdem zakupiłem mapę i dalszą część podróży odbędę nawigując w tradycyjny sposób. Swoją drogą, jak człowiek szybko się przyzwyczaja do takich udogodnień. Wpisujesz cel i nie musisz niczym się martwić. Zabrakło Ci paliwa? Plastikowa puszeczka powie Ci, gdzie znajdziesz je najbliżej. Hotel? Bankomat? – ależ proszę, żaden problem! Wszystko to pod warunkiem, że masz aktualne i dobre mapy danego rejonu.
Gdzieś w okolicy Oradea przekraczam granicę. Pogoda przepiękna, na niebie żadnej chmurki. Obieram kierunek: Turda. Zaczynają się widoczki. Góry z początku jakby nieśmiałe, delikatnie ukazują się moim oczom. Tylko ten stukot… Coś wali przy każdym dodaniu gazu. Już wczoraj to słyszałem, ale zignorowałem. Doszedłem do wniosku, że pewnie wcześniej już waliło, ale widocznie nie zwróciłem na to uwagi. Nasłuchuję, analizuję i dochodzę do jedynie słusznego wniosku – to musi być zębatka zdawcza! Dlaczego? To proste. Bo jeśli to nie zębatka zdawcza, to właśnie kończę podróż i zaczynam szukać lawety, która odwiezie mnie razem z motocyklem do domu. Już nie puka, już wali. Czuję się jak na początku mojej wycieczki do Maroka, kiedy to zanim jeszcze dobrze nie wystartowałem, zdążyłem zatrzeć cylinder. Przygoda jeszcze dobrze się nie zaczęła, a już może się skończyć. Właściwie to jest przygoda, tylko… Przez głowę przelatują mi różne czarne myśli – sprzęgło, korbowód, tłok… NIE! To ma być zębatka zdawcza. Pociecha i tak nie wielka, bo jeśli nawet mam rację, to co z tego. I tak nie posiadam takowej. Warsztat po prawej. Co prawda samochodowy, ale skręcam. Na migi tłumaczę, że potrzebuję pożyczyć klucz nasadkowy. Właściciel każe mi podjechać od drugiej strony i osobiście bierze się do pracy. Mam farta, okazuje się, że faktycznie jest luz na zębatce zdawczej, który kasujemy prowizorycznie. Problem rozwiązany. Pytanie, dlaczego tak się stało? Szybko znajdujemy odpowiedź. Po pierwsze wydaje nam się, że podczas poprzedniej wymiany zespołu napędowego ktoś, w myśl pseudo oszczędności, nie wymienił starej zębatki na nową, bo pewnie jego zdaniem nie była jeszcze zła (tym kimś nie byłem ja). Po drugie, przestawiła się rurka od olejarki i nie smarowała łańcucha. Dodatkowo osiemset kilometrów deszczu razem dało taki efekt. Usterka prowizorycznie usunięta i chcę uregulować należność, ale nie mogę. Nie wynika to ze złej znajomości rumuńskiego, ponieważ z właścicielem rozmawiam po niemiecku, który to język obaj w miarę znamy. Nie chce słuchać o pieniądzach i prowadzi mnie na zaplecze do czegoś zaparkowanego pod plandeką. Okazuje się, że w ciszy i cieple odpoczywa stary Gold Wing.
- Nie mogę wziąć od ciebie pieniędzy. – mówi – Może kiedyś ja będę w Polsce potrzebował
pomocy…
Wymieniamy się adresami. Na pamiątkę otrzymuję jeszcze klucz, który na początku chciałem pożyczyć, ponieważ bez niego nie da się ściągnąć osłony zębatki. Żegnam się i ruszam dalej. Wiara wraca w moje serce i napełnia je coraz większą radością. To niesamowite, że niezależnie od tego jak daleko jesteś od domu, zawsze masz szansę spotkać bratnią duszę, która Cię zrozumie i dla której pieniądze nie są najważniejsze. Późnym popołudniem docieram do „Transalpiny” Trasa pnie się pod górę serią zakrętów. Na początku krajobrazy podobne do Doliny Prądnika w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, ale im dalej tym lepiej. Droga jest w częściowej przebudowie. Po odcinkach z piękną nową nawierzchnią można trafić na roboty drogowe, czasem również trafiają się odcinki szutrowe. Im wyżej, tym droga coraz bardziej przypomina drogę do Szklarskiej Poręby od strony Jeleniej Góry, tyle że jest wielokrotnie dłuższa. Mijam dwie przełęcze. Jedna na 1665 m n.p.m., a druga 1575 m n.p.m. W połowie „Transalpinę” przecina droga 7A, gdzie skręcam w prawo. Tym razem serpentyny prowadzą mnie w dół. Na nocleg docieram do miejscowości Vulcan, gdzie rozbijam namiot obok plebanii. Długo nie mogę zasnąć, przeglądając zdjęcia, które dziś zrobiłem, a to dopiero początek... Nim chłodny świt rozproszy mroki, a wiatr rozproszy mgły zalegające w dolinach, ruszam w kierunku Novaci, by znów wspinać się na „Transalpinę”, tym razem od południowej strony, w kierunku przełęczy Urdele. Im słoneczko wyżej, tym cieplej. A im wyżej wjeżdżam, tym widoki stają się piękniejsze. Wypadałoby stawać co sto metrów i robić fotkę, ale w takim tempie nie ujechałbym zbyt daleko, a biorąc pod uwagę moje ograniczenia czasowe, muszę się jednak pospieszyć. Mimo to częściej stoję podziwiając otoczenie, niż jadę. Pomijając widoki, jeszcze jedna rzecz budzi moje zdziwienie – zwierzęta gospodarskie. To niesamowite, gdy w miejscu najmniej oczywistym (np. środek drogi) spotykasz stado osłów, swobodnie spacerujących w sobie tylko znanym kierunku. Trochę to dla mnie dziwne, że przemieszczają się bez opieki. Z innej strony natomiast patrząc – wolność.
Wolność – to uczucie jest tu wręcz namacalne. Docieram w dolinę rzeki Jiet. Jak okiem sięgnąć, wszędzie gdzie się tylko da, biwakują ludzie. Palą ogniska, grillują. Nie widzę żadnych tablic zakazu, nakazu, ostrzeżeń… Wolność! Masz ochotę rozbijasz namiot, idziesz do lasu, przynosisz opał, palisz ognisko, smażysz kiełbasę nad ogniem. Nikt nie biega i nie krzyczy, że popełniasz jakąś zbrodnię. Wolność! Skręcam znów w prawo w drogę 7A. Mijam jezioro Vidra i postanawiam głębiej zapoznać się i przywitać się z tą swobodą, którą oferuje mi okolica. Skręcam z drogi asfaltowej w prawo pod górę w leśny dukt. Wspinam się wyżej i wyżej, ledwo dając radę. Luźne kamienie sypią się za tylnym kołem. Motocykl czasem jedzie bokiem, to znów prawie pionowo w górę. Parę razy muszę szukać łatwiejszych podjazdów, na miarę moich umiejętności. Wyżej i wyżej, aż w końcu staję na szczycie vf. Repezi 1966 m n.p.m. Ciężko opisać radość. Trudno opowiedzieć o widoku, jaki się roztacza przede mną. Szczęście i wolność. Dookoła jak okiem sięgnąć szczyty i doliny poprzecinane nitkami dróg. Cieszę się jak małe dziecko, śmiejąc się na cały głos. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem tak szczęśliwy. Może w Maroku ?Nie pamiętam. Z zamyślenia wyrywa mnie narastający dźwięk. To wyje silnik piłowany na podjeździe. Zbliża się do mnie jęcząc boleśnie. Auto? To Dacia… Przejeżdża obok. Roześmiany kierowca pozdrawia mnie, po czym zjeżdża w dolinę przede mną. Padam znokautowany. Podjazd, który wydawał mi się piekielnie trudny, przed chwilą pokonał Rumun w swojej Dacii. Ze śmiechem siadam pokonany. Kilka dni później zrozumiałem, że oni te pojazdy traktują bardzo użytkowo.
- Konia żal, ale auta? – powiedział mi jeden ze spotkanych „daciowych” wspinaczy. Dochodzę do wniosku, że Dacia to nie auto, to stan umysłu. Zjeżdżam w dolinę i przez Brezoi kieruję się do Sibiu, następnie zaś do Orlat. Rozbijam namiot w pobliżu klasztoru, a że pora jest jeszcze wczesna, ruszam do Gura Raului, gdzie podziwiam zaporę. I dalej jadę bezdrożem w kierunku góry Cindrel (2244 m n.p.m.). Niestety moja mapa nie jest zbyt dokładna i po 30 kilometrach gubię drogę, i by nie przepaść całkowicie – zawracam. W powrotnej drodze dzwoni do mnie kolega, który dotarł dziś w te okolice z Polski. Tłumaczę mu jak dojechać do mojego obozowiska, jednak instrukcje typu „w prawo i dalej trzy kilometry prosto” okazują się zbyt skomplikowane. Cały wieczór próbuję się z nim jakoś skontaktować, ale bezskutecznie i biedak nie trafia na moje obozowisko. Trudno, jutro też jest dzień. Już prawie zasypiam, kiedy słyszę jakiś szelest obok namiotu. Wyglądam – lis. Stoi w odległości trzech metrów ode mnie i ciekawie mi się przygląda. Okazało się, że postawiłem namiot na jego ścieżce, którą co wieczór przemierza do zagrody psa, w celu notorycznego pozbawienia go kolacji. Cóż, życie.
[Obrazek: 2014082546c443cad3ff55e44f8745eb1fffeb93ad.JPG][Obrazek: 2014082543c48a47f6be3453ad34fa253d1b1593aa.JPG][Obrazek: 20140825410f108069adbb5810396f8ebeeec322a6.JPG][Obrazek: 2014082538313b4918217922f59d2e9cc22ac6d165.JPG][Obrazek: 2014082536ab65b41f4762585432bdf30289819457.JPG][Obrazek: 201408253438ab4f65bcab2c3ddaa35160b95249b2.JPG][Obrazek: 2014082531afcd4084b5b623d9a123f3cc0865d491.JPG][Obrazek: 20140825291b2205c8c037c7cf5a99c6ac097f174f.JPG][Obrazek: 20140825262b028c5a8eaaafe39370599fb14aca09.JPG][Obrazek: 2014082524a25cc5a1213eca06553cf37770af15c5.JPG][Obrazek: 2014082522a467ba7c6b454f3f6e00792ea8930c28.JPG][Obrazek: 20140825194ab03a0c910ba2cacbb481e12b3705ed.JPG][Obrazek: 2014082517596919acbd776ba7567e9d10763bc3b9.JPG][Obrazek: 2014082514b4aebc298064638f42cecfeb30c24bf4.JPG][Obrazek: 2014082512c09dc94a397001022bef0a7a4428c3d2.JPG][Obrazek: 201408251090342d0cf986815ebe48f1bf3a136628.JPG][Obrazek: 20140825075bff9daf678d1ecccdae78f1cb3d9214.JPG][Obrazek: 20140825057a022064ebca8e8f9bfc5b24a39f02d7.JPG][Obrazek: 2014082503c874290837d3cf44303ac4d6d510b143.JPG][Obrazek: 20140825004ca41bbe10c3f053b7a0e8d6dd22ffd3.JPG][Obrazek: 2014082558091069e7b0a89c75c9491181a5f0190f.JPG][Obrazek: 2014082555110c96219279f950a4eb29ad21651dff.JPG][Obrazek: 2014082553af0dc81dfb8bebc7aa6435781dafaee0.JPG][Obrazek: 20140825501508161206c6f729a15c79da154ac27b.JPG][Obrazek: 2014082548073bcbf27f9ca5d47cd3a1518ffc59da.JPG][Obrazek: 20140825458700a16217ac012c01eae3fec8775f11.JPG][Obrazek: 20140825430009c840c50593bab3055216c3acf851.JPG][Obrazek: 2014082540eba1061a6d95cfa44ef9ef374faae593.JPG][Obrazek: 2014082538f95473c29a5a1b71023080c1cdc9dd96.JPG][Obrazek: 2014082535f7fee98133a3ff4a62dd7e2f0bdda635.JPG][Obrazek: 201408253227b58113d9571d61e92e22c7d22dbae1.JPG][Obrazek: 20140825303d4be06380c865063df4800299078463.JPG][Obrazek: 2014082528a2761fbfbfa08c818715e670a71d773e.JPG][Obrazek: 2014082525df88afcd23489945f0cc4e6f7dad4b4a.JPG][Obrazek: 2014082523bd91b0b62da1ffbbc7838b559dba36e3.JPG][Obrazek: 20140825205c40140dd2bf6d7bf79b34b56739c92c.JPG][Obrazek: 20140825188f297e2566b66441b1fcdba54ae298cc.JPG][Obrazek: 20140825167d5bea1c72eef77e0659f0462d1130e6.JPG][Obrazek: 20140825134cb55fd52ddcf482d6ca1d114301f281.JPG][Obrazek: 201408251030d2e952b8eda3828e03c3d4bfaf1e5d.JPG][Obrazek: 201408250819d8bf88631d35204e93bead08db5528.JPG][Obrazek: 2014082505cce9e618a0fbf3ff6a5f5fda65cf0210.JPG][Obrazek: 20140825020108f7c7fd6353e5cc62582e50730ebe.JPG][Obrazek: 2014082500a3b6e312c9a03222b80dd46d3b0ac67c.JPG][Obrazek: 20140825573816e93e8e06d712d2669f0d3189ebcd.JPG][Obrazek: 201408255455649e18fa49d73f3fcc7329dfecebc7.JPG][Obrazek: 2014082552a1cb718d8ee94acf24dce43da79afe2c.JPG][Obrazek: 2014082549596e5a16fc8a8e5640dde0717a35f2c0.JPG][Obrazek: 20140825475017e74430095abdd18680f19323076d.JPG]